Kanada: moje wrażenia. Gastro i nie tylko.

Udostępnij ten post

Właśnie wróciliśmy z prawie trzytygodniowej wyprawy po wschodniej Kanadzie. Zrobiliśmy ponad 4 000 km różnymi środkami lokomocji i zwiedziliśmy Quebec, Ontario i Nowy Brunszwik. Było to niezwykłe przeżycie i odkrywanie kompletnie nowych, nieznanych wcześniej nie tylko terenów, ale również kultur oraz wszystkiego co łączy się z szeroko pojętą gastronomią. Prawie we wszystkich miejscach w których nocowaliśmy mieliśmy swoją kuchnię, więc łączyliśmy jedzenie na mieście z samodzielnym gotowaniem ze zdobytych lokalnie produktów. Dziś więc nie będzie ani słowa o rynku wina czy też kanadyjskich winach, a o wszystkim pozostałym co łączy się produktami spożywczymi.

Są żelazne pozycje, które musicie zaliczyć będąc po wschodniej stronie Kanady i jedząc na mieście. Na 100% jest to poutine – czyli frytki zalane mięsnym, pieczeniowym sosem z grudkami sera na wierzchu. Są też odmiany z wołowiną, boczkiem, kurczakiem itp. Frytki pływają w sosie i robią się miękkie, ale ma to swój urok. Próbowaliśmy zarówno bardzo dobrych wersji, jak i kompletnych porażek.

Będąc w Montrealu trzeba zjeść kanapkę w wędzoną wołowiną i bajgla. A nad Atlantykiem koniecznością jest lobster roll czyli bułka z homarem w majonezowym sosie.

Ogólnie rzecz biorąc nie jadaliśmy w żadnych  „gwiazdkowych” restauracjach, tylko w normalnych miejscach i pierwsze co rzuca się w oczy, to jednak bardzo duża monotematyczność. W większości knajp dostaniecie burgery, tacos, tortille, skrzydełka, fish&chips, steki i wszystko z dodatkiem tony zmęczonych (najczęściej niestety mrożonych) frytek.

Drugie danie to koszt rzędu 20-40 CAD (CAD/PLN = 2.70). Musicie tylko zwracać uwagę na podatek. W większości restauracji ceny są podawane netto, czyli musicie dopisać do nich jeszcze około 15%, a potem jeszcze dobić napiwek – w zależności od restauracji i Waszego portfela od 15 nawet do 30%.  Dostaniecie do wyboru opcje na terminalu. Generalnie nie są to Himalaje gastronomii, a do tego wracam z kilkoma kilogramami więcej… Oczywiście są wyjątki. Najlepsze jedzenie mieliśmy nad Atlantykiem w St. Andrews, w restauracji z rybami i owocami morza. Chowder, homar, lobster roll, tuńczyk – ponad przeciętną.

Jeśli chodzi o street food to jest dużo azjatyckiego klimatu – w końcu ponad 20% populacji Kanady to azjatyccy imigranci i ich potomkowie. Jednak większość dań w tych stoiskach jest już nieźle zamerykanizowanych. Oczywiście głównym pozycjom towarzyszą frytki czy też dania mają postać burgerów (np. kimchi burger). Nie byliśmy zachwyceni.

O sieciówkach nie będę pisał bo wiadomo, że generalnie należy je omijać szerokim łukiem. Choć jeden śniadaniowy „diners” zaskoczył nas mega pozytywnie – Pur&Simple. Możecie śmiało wpadać na duże śniadania i lunche. Choć oczywiście ¾ dań jest z pieczonymi ziemniakami…

Dam Wam jednak jedną dobrą gastro-poradę, która znajdziecie w następnym akapicie.

Powiem Wam szczerze, że doznałem kompletnego objawienia jeśli chodzi o rynek piwa w Kanadzie. Oczywiście wszędzie dostępny jest kanadyjski Budweiser, Croon, czy też Molson – napoje gazowane, które ciężko nazwać piwem. Jednak kraj liścia klonowego przeszedł prawdziwą piwną rewolucję, która przyniosła wysyp mikro i małych browarów. Praktycznie w każdym mieście i miejscowości gdzie byliśmy zaliczaliśmy takie miejsca. Zwykle mają 3-4 podstawowe piwa – pils/lager, IPA, Pale Ale (które sprzedają też na wynos w puszkach). Oraz do tego 2-3 sezonowe, dostępne tylko z kranów. Lager jest zazwyczaj typowy dla Ameryki Północnej – lekki, świeży, czasem lekko cytrusowy, ale super ułożony (4.5%-5.0% alkoholu), a IPA bardzo gastronomiczna i intensywna (6.0%-7.0%). Piwo niestety w Kanadzie nie jest tanie. Średnio za szklankę pojemności 16 (473 ml) lub 20 (591 ml) uncji zapłacicie pomiędzy 8 a 11 CAD. Oczywiście z zasadami jak w przypadku restauracji.

I teraz to co najważniejsze – jedzenie. Zazwyczaj jeśli browar ma miejsce z kranami ma też wyszynk. Nie trafiliśmy ani razu źle. Nawet zamawiając typowe „pubowe” jedzenie będziecie zadowoleni. Może popełnię na ten temat oddzielny odcinek. 😊

Niestety w Kanadzie spożywka jest totalnym dramatem. Jedzenie dostępne w supermarketach jest ciężko jadalne. A „normalnych” sklepów spożywczych jest jak na lekarstwo. Czasami traficie na jakieś włoskie czy francuskie delikatesy, ale to sam import. Generalnie w masowym obrocie jakościowe produkty są tylko importowane. Przejdźmy zatem po kolei przez kategorie:

Wędliny –  są albo głęboko przetworzone albo importowane np. włoskie. Nawet nie myślcie o jajach na szynce lub na bekonie. To coś podczas smażenia wypuści Wam na patelnię litry płynu. Za coś czego nie zrzucicie z kanapki, choć nie zbliży się do polskich wędlin musicie zapłacić około 30+ CAD za kg.

Sery – (właściwie wszystkie dostępne) noszą nazwy oryginałów – kupicie kanadyjski cheddar, fetę, mozzarellę…. Oczywiście nie stały nawet obok ich pierwowzorów. Gdybyście chcieli roztopić plasterek to okazałoby się w chwil kilka rozwarstwiłby się w dziwne półprodukty. Jeśli uda się Wam znaleźć na supermarketowej półce jakościowy kanadyjski produkt – np. Brie to liczcie się z wydatkiem mniej więcej 50 CAD za kilogram.  

Chleb/bułki – właściwie jeśli nie znajdziecie piekarni (nie jest to mission impossible, ale bardzo jest o nie trudno) to jesteście skazani na supermarketową chemię. Bułki ważne 2-3 tygodnie do odgrzewania w piekarniku, „gumowe” bagietki oraz tostową watę.

Mięso – w marketach jest dużo już zamarynowanych grillowych kawałków, bardzo różnej jakości. Za porządny kanadyjski Rib-eye trzeba zapłacić ok 60-70 CAD za kg.

Ryby – w sklepach wielkopowierzchniowych raczej nie zachęcają to zakupów. Jeśli już, to najbardziej polecam krewetki.

Najlepszą siecią marketów był spotkany w Ottawie „Farm Boy”. To już troszkę wyższa półka. W Quebecu rządzi IGA. Najbardziej powinniście omijać Wallmart – to jest najlepszy przykład antysklepu.

Oczywiście w każdym większym mieście znajdziecie bazar. To jest absolutnie dobra opcja, tylko, że oprócz ryb i mięs gors produktów będzie importowanych. Królują francuskie, szwajcarskie, włoskie i holenderskie sery, włoskie wędliny i suche makarony. Nie zawsze jest jednak kolorowo. W Toronto kupiliśmy w takim miejscu świeży makaron, który okazał się totalną porażką, a porcja na 4 osoby kosztowała 20 CAD!

Oczywiście jeśli chodzi o kawę rządzą fatalne sieciówki (Starbucks, Tim Hortons, Second Cup) i jeśli lubicie duże kawy z automatów smakujące jak mocna herbata to Kanada jest krajem do życia dla Was😉 Ja jednak jako fan espresso przeżyłem 3 tygodnie mordęgi. Po pierwsze musicie znaleźć kawiarnię (najlepiej niezależną) z ekspresem kolbowym. A po drugie musi ona mieć jeszcze dobrą kawę. I to jest kolejny problem. W większości miejsc kawa jest po prostu bardzo kwaśna. Nawet bardzo wyszukane kawiarnie (podające też przelewy) i często serwujące własne mieszanki dają espresso w takim stylu. No a jeśli już uda się wam znaleźć „Waszą” kawiarnię to i tak pewnie za chwilę ruszycie dalej i będziecie musieli rozpocząć nowe poszukiwania. Koszt espresso w lepszej kawiarni to zwykle 3-4 CAD.

Jeszcze większy problem z kawą jest w trasie. Odległości są duże, trzeba się pobudzić, a nie są to Włochy gdzie co 70 km macie Autogrilla. Jedynym ratunkiem jest największa kanadyjska sieciówka – Tim Hortons. Generalnie serwuje ona wyroby kawopodobne, jednak podwójne „espresso” z automatu za 2.75 CAD jest mocne i da się wypić jako lekarstwo pozwalające na kolejne 3-4 godziny jazdy autem w długiej trasie.

Powiem szczerze, że pochodząc z Europy kompletnie nie rozumiemy północnoamerykańskiej jakości jedzenia. Ono jest po prostu miażdżąco słabe, ilość miejsc w których można kupić dobrą lokalną jakościową żywność zastraszająco mała, a ceny produktów bardzo wysokie. Np. łosoś z prywatnej wędzarni – 100 CAD za kg, puszka piwa z mikrobrowaru 5.5 CAD, czy malutki pęczek marchewek od lokalnego producenta 4,50-5,50 CAD.

Jutro raniutko pojadę pod Halę Mirowską pooddychać polską żywnością – bo jest czym!

Do następnego!

W.

Zobacz więcej naszych podróży