Herbert Triebaumer w walce z suszą (plus notki jego białych win)

Udostępnij ten post

Dziewięciu austriackich producentów, trzy regiony – Burgenland, Styria, Wachau – i jeden, niemal obsesyjnie powracający temat: susza. W Austrii meldujemy się niemal co roku, ale tak dramatycznie żółtych winnic jeszcze tu nie widzieliśmy. Momentami krajobraz przypominał bardziej spaloną słońcem Apulię czy Sycylię, niż z założenia raczej chłodną Środkową Europę. Zmiany klimaty dla producentów nie są już abstrakcyjną dyskusją o przyszłości, ale brutalną rzeczywistością, z którą muszą się zmierzyć. Oczywiście winiarze podejmują tą nierówną walkę, a wzorem może być najlepszy producent z Rust, Herbert Triebaumer.

Herbert, który po śmierci ojca prowadzi rodzinną winiarnię wraz z bratem Gerhardem, to bezkompromisowy pasjonat z Rust, dla którego winnica jest żywym organizmem, a nie tylko fabryką owoców. O tym, jak absolutną świętością są dla niego krzewy i gleba, przekonaliśmy się na własnej skórze. Nim w ogóle pozwolił nam spróbować swoich win, musieliśmy odbyć obowiązkowy, ponad godzinny spacer po winnicach w bezlitosnym tego dnia, 30-stopniowym upale. Bez taryfy ulgowej.

Ale chyba zdaliśmy ten egzamin, bo później Herbert nie tylko zrobił nam genialną degustację praktycznie całego portfolio, ale jeszcze zabrał nas na kolację do winebaru prowadzonego przez jego syna.

Wspomniany spacer był dla nas kapitalną lekcją ekologii. Herbert na każdym kroku pokazywał nam konkretne zabiegi, z których niczym z drobnych klocków układa przemyślany ekosystem, za pomocą którego próbuje odszukać suszę.

Już w 1989 roku rodzina podjęła decyzję, by całkowicie zaprzestać koszenia trawy w winnicy. Dziś tzw. grass cover to absolutny elementarz naturalnego winiarstwa – zatrzymuje wilgoć i chroni glebę przed wypaleniem. Jednak niemal cztery dekady temu Ernst Triebaumer (winiarnię przekazał synom w 2001 roku) uchodził przez to za lokalnego dziwaka. Z tego samego powodu jego synowie nie bronują ziemi między rzędami – jak wspominał Herbert, ostatni raz ciężki sprzęt wjechał tam ponad dekadę temu. Rolę maszyn do koszenia spełnia stadko owiec, które również obejrzeliśmy – gdy międzyrzędzia są już zanadto zarośnięte, owce są wypuszczane na winnice.

To jednak dopiero początek. Kolejnym elementem tej układanki jest sadzenie drzew i krzewów bezpośrednio przy winoroślach. O dynamice zmian klimatycznych najlepiej świadczy dobór gatunków: obok tradycyjnych orzechów włoskich pojawiają się krzewy granatu oraz drzewka oliwne. Sam Herbert komentuje to z gorzkim uśmiechem: „Może za dziesięć, dwadzieścia lat zamiast winogron będziemy tu zbierać oliwki”. Również obrzeża winnic zamieniane są w niewielkie sady albo działki z warzywami, aby zwiększyć bioróżnorodność.

Herbert wskazywał również w jaki sposób rzecz pozornie mająca pomóc winiarzom, a więc położenie asfaltu na drogach dojazdowych między winnicami, w rzeczywistości stała się kolejnym problemem. Podczas ulew deszczówka spływa po nich jak po rynnach, zamiast wsiąkać w ubitą ziemię. Aby temu przeciwdziałać Herbert pokazał nam na genialny w swojej prostocie patent, gdzie na łuku takiej drogi usypano niewielki (dosłownie 3-4 cm wysokości) wał z ziemi i kamyków, który kieruje spływającą wodę z powrotem na winnicę.

W poszukiwaniu sposobów na zamknięcie obiegu w gospodarstwie Herbert sięgnął też po terra preta – znaną już w przed wieki (stosowały ją ludy w dorzeczu Amazonki przed przybyciem konkwistadorów) technikę tworzenia niezwykle żyznej gleby. Po corocznym przycięciu winorośli, odcięte pędy są zbierane w jedno miejsce i wypala się je. Powstaje węgiel drzewny, który następnie jest rozsypywany z powrotem na winnicach. Dzięki swojej ogromnej porowatości działa on w glebie jak gąbka: zatrzymuje wodę, ułatwia krzewom dostęp do składników odżywczych i zapewnia im stabilny wzrost nawet w trudnych, suchych warunkach.

Zresztą z tym wypalaniem wiąże się też inna ciekawa historia. Gdy rodzina robiła je pierwszy raz zimą 2010/2011, to sporych rozmiarów ognisko zainteresowało strażaków i policjantów. Skończyło się na mandacie za nielegalne zaprószenie ognia. W kolejnych latach historia wyglądała podobnie, ale Herbert nie zamierzał się poddawać. W końcu przed kolejnym planowanym wypalaniem udał się do miejscowej straży pożarnej i policji z pismem, w którym drobiazgowo wyjaśniał proekologiczny charakter swojego „procederu”, pokazał kontekst historyczny, a nawet wyniki badań gleby. Przyniosło to efekt i od tego czasu lokalne władze nie robią winiarzowi problemów.

W piwnicy rodziny Triebaumer spróbowaliśmy 15 win. Dzisiaj opiszę Wam wina białe (plus słodkie), a czerwienie zostawię na osobny wpis, w którym też bardziej detalicznie przyjrzę się terroir okolic Rust.

Wina rodziny są niefiltrowane, a siarkowanie jest na minimalnych poziomach. Herbert wspominał, że próbowali zrezygnować całkowicie z siarki, ale jednak poszczególne butelki różniły się po pewnym czasie od siebie tak bardzo, że ten brak stabilności był niezrozumiały dla konsumentów.

Do Austrii podróżowaliśmy na własny kosz, degustacja była bezpłatna. Podaję ceny win przy zakupie bezpośrednio w winiarni.

Ernst Treibaumer Ried Greiner Gelber Muskateller 2025 (10,50 €)

Owoce pochodzą z winnicy położonej bezpośrednio na południe o zabudowań Rust, na dość płaskim terenie, gdzie znajdziemy gliniasto-piaszczystą glebę. Klasyczna dla muscata winifikacja – tylko w stalowych zbiornikach.

Ładnie aromatyczne, mamy zarówno kwiaty jak i winogrona, z dodatkiem odrobiny cytrusów. Usta też pełne świeżych owoców – jabłka, cytryny, skórka pomarańczowa, ale w końcówce wychodzą też przyprawy. Jak na muscata ciało jest dość spore (i to mimo ledwie 10,5% alkoholu), ale całość utrzymana w tym pełnym soczystości wyrazie. Bardzo dobre (90/100).

Ernst Triebaumer Ungezogen Welschriesling 2022 (17 €)

Ostatnio widzimy w Austrii nowe spojrzenie na welschrieslinga. Kiedyś uważany był za szczep nadający się tylko na proste, codzienne wina. Teraz coraz większa ilość producentów podchodzi do niego poważniej. Tutaj mamy świetny przykład, wino 24 miesiące dojrzewało w beczkach na osadzie, przed butelkowaniem nie było filtrowane, a siarkowanie było minimalne.

Bardzo elegancki, złożony nos: kwiaty (rumianek), zioła, jabłkowa skórka. Usta potężnie mineralne, z mocnym ekstraktem, tutaj owoc schodzi na dalszy plan, a dominuje słono-stalowy charakter wina. Zaskakująca, a przy swojej strukturze też zaskakująco pijalna pozycja. Bardzo dobre+ (91/100).

Ernst Triebaumer Kristallin Furmint 2024 (33 €)

Okolice Rust od wieków słynęły z upraw furminta – do zakończenia I wojny światowej była to zresztą część Węgier.

Aromat jeszcze dość skryty, ściśnięty. Czujemy co prawda muśnięcia kwiatów, jabłek i pigwy, ale też odnoszę wrażenie, że wino jest dopiero na początku rozwoju. Usta świetnie kwaskowe i bardzo napięte. Ta kwasowość jest bardzo wysoka, ale nie ma się wrażenia braku balansu, bo zaraz za nią idzie znów potężny ekstrakt wina. Całość kończy się wybitnie długim, mineralnym, słonym finiszem. Piękne wino z dużym potencjałem. Znakomite (93/100).

Ernst Triebaumer Der Vogel Sauvignon Blanc 2024 (13,5 €)

Za tym winem kryje się ciekawa historia. Nie przeszło ono bowiem panelu apelacyjnego (te panele to zresztą temat na osobną historię – ileż to już razy słyszeliśmy negatywne opinie na ich temat) jako nietypowe dla odmiany. Stąd bracia nie mogli na etykiecie użyć nazwy winnicy Vogelsang, z której pochodzą grona.

Nos jest bardzo świeży, cytrynowy i jabłkowy. Usta za to pięknie kremowe, mamy tutaj cytrynową i pomarańczową skórkę, ale też trochę świeżych moreli oraz brzoskwiń. Do tego nieodłączną w winach rodziny kwasowość i potężny, ekstraktywny finisz przechodzący w tony słone. Nie mam pojęcia co tutaj nie podobało się panelistom, dla mnie to świetne wino. Bardzo dobre+ (91/100).

Ernst Triebaumer Ried Bandkräft Chardonnay 2023 (29 €)

Bandkräft to winnica zlokalizowana na północ od Rust, gdzie znajdziemy wapienne podłoże, tak lubiane przez chardonnay. Część wina dojrzewała w beczkach.

Pochodzące od dębu dymne nuty są obecne w aromacie, ale co ważne nie przesłaniają one cytrusowego owocu. Na podniebieniu zaskakująco jak na odmianę chrupkie i żywe, energetyczne. Czujemy jabłka, cytryny, znów muśnięcie dymu, ale też białe brzoskwinie. Po raz kolejny wino ma też wyraźnie słony finisz – ten element to cecha wspólna wszystkich win Triebaumerów. Gdy dodamy do tego mocną koncentrację, to mamy przepis na długowieczne wino. Znakomite+ (94/100).

Ernst Triebaumer Ganze Traube Traminer 2023 (22 €)

Mamy tutaj pełne kiście traminera, z których moszcz po wytłoczeniu fermentował w dużych beczkach. Potem wino dojrzewało tam 24 miesiące.

Bardzo apetyczny, kwiatowy aromat, ale zaraz dołącza też pigwa, nuty herbaciane i przyprawy. W ustach mamy sporo kwasowości (w zasadzie po traminerze nie spodziewałbym się jej na takim poziomie), wyraźne słone nuty sosu sojowego i genialne, smyrające podniebienie delikatne garbniki. Podoba mi się zarówno przyjemna budowa, jak i świetna energia tego. wina. Znakomite (93/100).

Ernst Triebaumer Eiswein 2023 (24 €)

Oczywiście obecnie wino lodowe nie udaje się corocznie, stąd 2023 rok był ostatnim, w którym udało się zebrać zmrożone owoce. Mamy tutaj mieszankę welschrieslinga oraz grüner veltlinera. Cukier jest na poziomie ok. 150 g.

Pięknie nasycone czystą owocowścią – mamy tutaj morele, brzoskwinie, ananasa z puszki. Do tego delikatne nuty woskowe i rozpuszczone masło. W ustach ze świetną kwasowością, która idealnie trzyma wino w pionie. Słodycz owocu uzupełniają cytrynowa i pomarańczowa skórka oraz bergamotka. Wino ma przed sobą wieloletnią przyszłość. Arcydzieło- (95/100).

Ernst Triebaumer Ruster Ausbruch 2024 (48 €)

Ruster Ausbruch to lokalna specjalność, która czasem bywa porównywana z Tokajami Aszu. Kiedyś rzeczywiście metoda produkcji była podobna (osobno zbierane zbotrytyzowane winogrona wyciskano w coś na kształt pasty i dodawano do wina bazowego), ale dzisiaj powstają one po prostu z późno zebranych owoców. Sok z nich jest wyciskany i poddawany fermentacji. W składzie mamy te same odmiany, co w Eisweinie.

Jeszcze bardziej skoncentrowane i wielowymiarowe od poprzednika. Mamy tutaj na pierwszym planie wyraźne nuty miodowe, do tego ociekające słodkim nektarem brzoskwinie, morele, gruszki i kwiaty. Usta bardzo dojrzałe, obłędnie słodkie, ale w finiszu to nie cukier, a wysoka kwasowość zostaje z nami na dłużej. Dla fanów słodyczy to prawdziwa gratka, bo przy tej jakości cena wina jest wciąż atrakcyjna – Herbert przyznał, że po prostu te słodkie wina wytwarzają z szacunku do tradycji, po kosztach. Arcydzieło+ (97/100).

Nasza wizyta i spotkanie z Herbertem (które rozciągnęło się na pół dnia) było jedną z ciekawszych wizyt u winiarzy, które odbyliśmy w tym roku. Było to coś więcej niż degustacja win. Odbyliśmy lekcję ekologii, dowiedzieliśmy się jeszcze więcej o sposobach walki z suszą, poznaliśmy filozofię winiarza, a przy kolacji podyskutowaliśmy też trochę na tematy geopolityczne. A same wina? Choć w sumie to nie one tym razem odgrywały główną rolę, to były absolutnie pierwszej klasy!

Zobacz więcej naszych podróży