Campo Imperatore – arrosticini, wiatr i wolność

Udostępnij ten post

Śpiewający wiatr, stada wolno pasących się koni, owce zaganiane przez psy pasterskie i surowy, wręcz księżycowy krajobraz. Jeśli marzy Wam się spotkanie z naturą wyrzeźbioną ze skał, to Campo Imperatore stanowi odpowiedź na te pragnienia. To bez wątpienia jeden z najbardziej magicznych zakątków Włoch, który udało nam się odwiedzić.

Sercem Parku Narodowego Gran Sasso i Monti della Laga rządzą trzy żywioły: chmury, światło i wiatr. Kiedy tam stoisz, masz wrażenie, że uczestniczysz w jakiejś pierwotnej wyprawie śladami przodków – to podróż odkrywcza w najczystszym wydaniu.

Nic dziwnego, że pod koniec lat 30. ubiegłego wieku podróżnik Fosco Maraini, patrząc na ten bezkres, ochrzcił go mianem „Małego Tybetu” (ll Piccolo Tibet). Szukał porównań aż w drodze do Lhasy, widząc w Abruzji odbicie wysokogórskich, azjatyckich równin. I rzeczywiście, Campo Imperatore, zawieszone 1800 metrów nad poziomem morza, ze swoją gigantyczną przestrzenią (to w końcu największy płaskowyż w całych Włoszech!), sprawia, że granica między ziemią a niebem niebezpiecznie się zaciera.

Nasza podróż we wrześniu 2025 roku była powrotem w te strony (wcześniej też odwiedziliśmy je wrześniu), które cenimy za autentyczność, dzikość i ciszę. Po letnich upałach w Materze i Apulii, wrzesień na Campo Imperatore przywitał nas rześkim powietrzem i paletą barw, której nie da się podrobić.

Ten największy płaskowyż w Apeninach, położony jest w masywie Gran Sasso, na wysokości od 1500 do 2100 m n.p.m. Ma około 27 kilometrów długości i naprawdę oszałamia przestrzenią. Krajobraz cechuje surowość, brakuje tu lasów, są za to bezkresne pastwiska, ostre granie i wijąca się niczym wstążka droga. To też raj dla motocyklistów i fanów „slow driving”, my spotkaliśmy też wielu rowerzystów.

Legenda głosi, że nazwa płaskowyżu pochodzi bezpośrednio od cesarza Fryderyka II, który bywał w tym regionie. W Campo Imperatore znajduje się również Obserwatorium Astronomiczne, Alpejski Ogród Botaniczny i ośrodek narciarski.

We wrześniu słońce operuje tu już niżej, światło staje się miękkie i złociste, a płaskowyż wygląda jak plan filmowy. Zresztą Campo Imperatore służyło za tło dla wielu produkcji, takich jak „Imię Róży”, Westerny Sergio Leone, „Ladyhawke”, „Amerykanin” z Georgem Clooneyem – wiele scen kręcono w pobliskim Castel del Monte i Sulmonie. To też świetne miejsce do reklam, które stale wykorzystuje m.in. Mercedes i K-Way.

Trudno powiedzieć, że istnieje tu jeden właściwy szczyt, mam wrażenie, że wszystko zależy od Waszego zacięcia, możliwości, humoru, no i przede wszystkim od warunków pogodowych. Chyba najlepszą bliską bazą wypadkową będzie niewielkie, urokliwe Santo Stefano di Sessanio. Dziś nadal jest ono odbudowywane po trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło Włochy w 2016 r. (region obarczony jest dużym ryzykiem sejsmicznym).

Jeśil wolicie zatrzymać się w większym mieście, to dobrym wyborem będzie albo Sulmona (którą wybraliśmy dwukrotnie sami i bardzo ją polecamy, ale liczcie się z tym, że położona jest w odległości około godzinnej podróży samochodem), albo zlokalizowana bliżej L’Aquila.

Kiedy dojedziecie do końca drogi, znajdziecie się w sercu płaskowyżu. Oto punkty obowiązkowe:

  • Obserwatorium astronomiczne i hotel Campo Imperatore: Charakterystyczny czerwony racjonalistyczny budynek hotelu ma mroczną historię. To właśnie tutaj, w izolacji od świata, więziony był Benito Mussolini, zanim we wrześniu 1943 roku zuchwale odbili go stąd niemieccy spadochroniarze. Obecnie to miejsce startu szlaków trekkingowych, w tym tego na najwyższy szczyt Apeninów – Corno Grande (2912 m n.p.m.). 
  • Wejście na Corno Grande (w masywie Gran Sasso) to wyzwanie. Macie do wyboru dwie drogi, choć każda wymaga szacunku do masywu Gran Sasso. Pierwsza to Direttissima – nazwa mówi sama za siebie, jest krótko i stromo. To trasa dla tych z Was, którzy z górskim terenem są za pan brat i nie boją się ekspozycji. Druga, Via Normale, choć technicznie łatwiejsza, wciąż wymaga solidnej kondycji i znajomości szlaków. To nie jest niedzielny spacer w klapkach, o czym przypominają tablice na dole. Dodatkowo Corno Grande słynie ze zmieniającej się błyskawicznie pogody, weźcie to również pod uwagę. Generalnie jeśli nie macie doświadczenia z wysokogórską wspinaczką, to lepiej podziwiać szczyt jedynie z poziomu jego podnóża.
  • Schronisko Duca degli Abruzzi – położone jest na wysokości 2388 metrów na grzbiecie Monte Portella, w sercu Parku Narodowego Gran Sasso i Monti della Laga, w pobliżu Corno Grande i głównych szczytów masywu. Nie dojedziecie tu samochodem – czeka Was 40-minutowy spacer z Campo Imperatore lub wspaniała, 4-godzinna trasa z Prati di Tivo. 
  • Rocca Calascio – to jeden z najwyżej położonych punktów obronnych w Europie. Miejsce, w którym ziemia spotyka się z niebem, a człowiek przy tym wszystkim uświadamia sobie, jaki jest mały. Cudowne doświadczenie!
  • Spotkania ze stadami półdzikich koni to wzruszający moment wyprawy. Zwierzęta ignorują obecność ludzi – spokojnie skubią trawę tuż przy drodze, pozwalając na zdjęcia. Warto jednak zachować dystans i szacunek dla ich wolności.
  • Polecamy Wam zatrzymać się u sympatycznego Włocha na roztaju dróg i kupić fenomenalne sery: pinezka serowa.
  • Ristoro Mucciante w Castel del Monte: Absolutna legenda. Mała budka na środku niczego, gdzie kupicie lokalne produkty i samodzielnie je zgrillujecie. Serwują tu najlepsze arrosticini – flagowy przysmak Abruzji.

Wizyta na Campo Imperatore bez postoju w Ristoro Mucciante wydaje się niekompletna. Przekonaliśmy się na własnej skórze, że koncepcja „zrób to sam” nadaje temu miejscu niepowtarzalny klimat. Pobieracie numerek w kolejce do sklepu, czekacie na swoją kolej (w godzinach szczytu nawet powyżej 30 min) i kupujecie surowe kotleciki z mięsa owcy, kozy albo jagnięcia, salciccię (surową włoską kiełbaskę) czy szaszłyki z jagnięciny (arrosticini), do tego lokalny ser pecorino, chrupiący chleb skropiony oliwą i butelkę (małą bądź większą) lokalnego wina. Przed budynkiem czekają rozgrzane grile (kanale), na których sami przyrządzacie posiłek.

Mięso jest totalnie bez przypraw, ale jego świeżość jest fantastyczna. Wystarczy szczypta soli, by zjeść jeden z najlepszych górskich posiłków w swoim życiu.

Jedzenie z widokiem na surowe szczyty Gran Sasso, popijane prostym, charakternym Montepulciano d’Abruzzo, to doświadczenie, którego nie zastąpi żadna gwiazdkowa restauracja. To co jeszcze zaobserwowaliśmy, to lokalsi przywożą tu swoje napoje, bagietki, owoce i piknikują po całości. Więc jeśli nie wystarczy Wam, to co oferuje sklep, to warto wcześniej zabrać kilka rzeczy z miasta.

Sama wioska to żywa lekcja historii, której początki sięgają czasów rzymskich, gdy na wzgórzu stanęła pierwsza wieża strażnicza. Z czasem, chroniąc się przed najazdami barbarzyńców, ludzie wspinali się coraz wyżej, tworząc średniowieczny rdzeń dzisiejszego zamku. Choć pierwsze dokumenty wspominają o nim w 1380 roku, jego sylwetka stała się ikoną popkultury znacznie później, trafiając nawet na słynny 50-lirowy znaczek.

Dziś, stojąc na wysokości 1460 m n.p.m., zamek Rocca Calascio dumnie dzierży miano jednego z najwyżej położonych w Europie. Droga do niego wiedzie przez samo Calascio – labirynt ciasnych, brukowanych uliczek, charakterystycznych dla abruzyjskiej architektury. Tuż pod zamkowymi murami leży opuszczona część wioski, milcząca od czasu niszczycielskiego trzęsienia ziemi w 1703 roku. Dotrzecie tu szlakami na piechotę, ale podjedziecie też dość wysoko samochodem. Zdjęcia, które tam zrobicie, nie potrzebują filtrów – ta panorama broni się sama.

Tuż obok zamku Rocca Calascio znajduje się charakterystyczny, ośmioboczny kościółek Santa Maria della Pietà. To niezwykle fotogeniczny punkt, który często pojawia się na zdjęciach z tego regionu. 

Bardzo tu odpoczęliśmy, miejsce ma w sobie ogromne pokłady duchowości. Aby właściwie opisać Rocca Calascio, słowa nie wystarczą. Tam naprawdę warto pojechać, usiać i pobyć.

Po tej wyprawie zatrzymaliśmy się w Ristorante Da Clara. To jedno z tych miejsc, gdzie czas zwalnia, a na stole ląduje szczera, nieprzekombinowana kuchnia Abruzji. Zapach arrosticini i domowej zupy był idealnym dopełnieniem dnia spędzonego na surowym płaskowyżu. Co ciekawe, pomimo zakazu, wpuścili nas tam nawet z psem!

Campo Imperatore jest niezwykłe. Trudno komukolwiek opisać, co poczuje na tej gigantycznej, surowej równinie, bo natura w takim wydaniu uderza w każdego inaczej.

Dla nas za każdym razem było to niezapomniane fizyczne i duchowe doświadczenie. Jest w tej pustce coś metafizycznego, coś, co sprawia, że człowiek milknie. Stojąc tam, między postrzępionymi graniami, a wiatrem śpiewającym w dolinie ma się nieodparte poczucie dotykania absolutu. To ta rzadka chwila, kiedy wszystkie codzienne sprawy, listy rzeczy „do zrobienia” nagle tracą na znaczeniu, a może są wydmuchiwane przez apeniński wiatr?

PS Za każdym razem w Abruzji zatrzymujemy się w tym miejscu: domek Bagolaro Casa Vacanze. Zrobienie rezerwacji bezpośrednio u właścicielki jest tańsze, więc jeśli bylibyście zainteresowani, piszcie, podzielimy się kontaktem!

Campo Imperatore to miejsce, które przez polskich turystów nie jest zbyt znane. Włochy wciąż kojarzą się nam głównie z pięknymi murowanymi miasteczkami, albo wypoczynkiem nad brzegiem morza. My od kilku lat skupiamy się bardziej na interiorze włoskiego buta i jest nam z tym bardzo dobrze!

Zobacz więcej naszych podróży