Własny import: te pięć regionów wybieram
Gdyby import win był wyłącznie pasją, a nie twardą matematyką zdominowaną przez Excela i szybką rotację magazynową, polskie karty win i półki sklepowe wyglądałyby pewnie zupełnie inaczej. Rzeczywistość handlowa jest jednak bezwzględna: większość importerów musi stawiać na komercyjne samograje, bezpieczne etykiety z rozpoznawalną nazwą albo powtarzalne wina, które sprzedają się same bez zbędnych tłumaczeń. Trudno mi to krytykować, bo biznes musi się spinać.
Gdybym jednak obudził się pewnego dnia z bezdennym portfelem, to chciałbym stworzyć portfolio bez ścigania się na marże i bez oglądania się na to, co akurat modne na Instagramie – nie ściągałbym kolejnego szampana, sauvignon blanc z Nowej Zelandii, bezpiecznego Bordeaux ani 15-procentowego primitivo. Zamiast tego postawiłbym na kilka moich koników, ale i regionów niedocenianych, schowanych w cieniu głośniejszych sąsiadów, albo obciążonych niesłusznymi stereotypami.
Oto pięć kierunków, z których palety przyjechałyby do mojego magazynu jako pierwsze:
Kampania: wulkaniczny mikrokosmos
W masowej wyobraźni ten region wciąż kojarzy się głównie z pizzerią w Neapolu i pocztówkowymi widokami w Amalfi. Tamtejsze wina bywają wrzucane do jednego worka z innymi pozycjami z Południa Włoch, tymczasem gdyby przyjrzeć się terroir Kampanii, okazuje się, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej skomplikowanych i fascynujących wulkanicznych mikrokosmosów na świecie. Od piaszczystych gleb Pól Flegrejskich i zboczy chwilowo śpiącego Wezuwiusza, przez wygasły wulkan Roccamonfina, aż po wzgórza Irpinii – Kampania oferuje różnorodność, która nie ma nic wspólnego z przesyconym owocem i wysokim alkoholem, z którym często bywa kojarzone południe Italii.
Spójrzmy na biele. Z jednej strony mamy morskie, cytrusowe, lekko słone ekspresje falanghiny czy biancolelli, które pachną morską bryzą, ziołami i cytrusami. Z drugiej – wulkaniczne, esencjonalne, pełne napięcia wulkaniczne wina z apelacji Fiano di Avellino czy Greco di Tuffo. To nie są łatwe, codzienne, „tarasowe” biele. To dymne, do bólu mineralne, kwasowe pozycje, które bez mrugnięcia oka potrafią dojrzewać w piwnicy wiele lat.
A czerwień? Tutaj Kampania gra na dwóch jakże skrajnych instrumentach. Z jednej strony zwiewne, owocowe i soczyste piedirosso – wino w stylu, który uwielbiam. Z drugiej aglianco, od prostych, codziennych wersji po apelację Taurasi: wulkaniczną odpowiedź na najlepsze czerwienie z Toskanii czy Piemontu. Wina pełne wiśni, jeżyn, czarnych oliwek, ziół i oczywiście mineralności.
Moje „złote strzały”:
Frankonia: Niemcy poza rieslingiem
Import niemieckich win do Polski został niemal całkowicie zautomatyzowany. Jeśli ktoś szuka bieli od naszych zachodnich sąsiadów, bezrefleksyjnie sięga po rieslinga – mamy ich na półkach naprawdę sporo (i dobrze!). Frankonia w tym układzie ląduje zwykle w ciasnej szufladce: tamtejsze silvanery są kojarzone jako wina do szparagów, ale takie podejście to nadmierne uproszczenie.
Dziwi mnie to tym bardziej, że silvanery mają zwykle o ton niższą kwasowość niż rieslingi, więc dla wielu konsumentów mogą być łatwiejsze do „strawienia”. Do tego nawet pozycje ze średniej półki nieźle się starzeją. Ale nawet jakby ktoś uparł się, że poza rieslingiem nie szanuje innej germańskiej bieli, to przecież nic straconego, we Frankonii nie brak i wspaniałych rieslingów.
Przekonywałbym też moich szacownych klientów, że silvaner to nie tylko wino do szparagów (choć w tej parze nie ma sobie równych), ale też do pieczonego niedzielnego kurczaka czy słodkowodnych ryb. A jakby tego było mało, w regionie działa też kilku dobrych naturalsów, zresztą piszę ten materiał popijając świetną biel (nawiasem mówiąc kupaż bachusa, müller-thurgau i johannitera) Kreamer Keuper & Kalk 2023 – ileż w niej napięcia i owocu przy ledwie 10,5% alkoholu. Mniam.
Styria: sięgam głębiej do Waszych kieszeni
W przeciwieństwie do reszty zestawienia, austriacka Styria nie jest odkryciem dla wtajemniczonych, ani głęboko ukrytym sekretem. To region o ugruntowanej reputacji, z absurdalnie stromymi winnicami i czasem absurdalnym cennikiem, który na pierwszy rzut oka potrafi przyprawić o zawrót głowy. Ale w tym przypadku nie ma mowy o przereklamowanym snobizmie – za tę jakość (i trud pracy na wspomnianych niemalże pionowych parcelach) po prostu trzeba zapłacić. Zapłacicie?
To, co w Styrii mnie też zachwyca, to brak jakichkolwiek kompromisów już na podstawowym poziomie. Tam nawet wina regionalne (gebietswein) oferują poziom, do którego wielu producentów z innych krajów nie dociera przy swoich flagowych pozycjach. A co więcej, czas nie ima się tych win. Niedawno miałem okazję pić sauvignon blanc z Weinugit Schabl z rocznika 2019 (aktualna cena 10,99 €!) – mimo lekkiego utlenienia wciąż zachwycało świeżością owocu i piękną kwasowością. A takich perełek jest tam znacznie więcej. Zresztą w lipcu byliśmy w Styrii kilka dni i mamy dla Was nowych winiarzy, których butelki grzechem jest nie spróbować.
Gdyby budżet nie grał roli, Styria byłaby obowiązkowym punktem w moim portfolio. To region dla tych, którzy nie szukają tanich okazji, ale doceniają genialną świeżość, energię i wina, które w piwnicy mogę leżeć latami.
Macedonia: multiversum xinomavro
Czas wreszcie wybić polskiemu konsumentowi z głowy myślenie o Grecji przez pryzmat pamiątki z wakacji – taniej retsiny pitej do souvlaków albo cytrusowych bieli z wysp. Północna część kraju, z apelacjami Naoussa, Amyntaio czy Goumenissa na czele, to chłodniejszy, górski klimat i królestwo jednej z najbardziej fascynujących, a wciąż niedocenianych odmian Europy: xinomavro. Szczepu, który swoim charakterem, wysoką kwasowością i mocną taniną budzi natychmiastowe skojarzenia z piemonckim nebbiolo, ale w rzeczywistości oferuje coś znacznie bardziej unikalnego.
Xinomavro to prawdziwy kameleon. Z jednej strony daje strzeliste musiaki robione metodą tradycyjną, które spokojnie mogą konkurować z innymi butelki produkowanymi w tym stylu w Europie (niedoścignionym wzorem pozostaje producent Karanika). Z drugiej – wyraziste, gastronomiczne różowe wina o świetnej strukturze i owocowo-ziołowym profilu. Idąc dalej, trafiamy na lekkie, zwiewne, ultra-pijalne czerwienie na co dzień, by na samym szczycie zderzyć się z potężnymi, tanicznymi etykietami do piwnicy. Te ostatnie, po brzegi wypełnione nutami suszonych pomidorów, oliwek, liścia tytoniu i dzikich ziół, potrafią dojrzewać przez dekady.
Najlepszy jest w tym wszystkim stosunek jakości do ceny. Podczas gdy za porządne Barolo czy klasyczną Burgundię trzeba dziś zapłacić małą fortunę, wina z Macedonii wciąż kosztują u producentów śmiesznie wręcz pieniądze. Nawet dodając moją marże, nie będziecie ronić łez nad kieliszkiem.
Abruzja: na przekór komercji
Abruzja padła ofiarą własnego sukcesu komercyjnego i bezmyślnego eksportu. Dla większości konsumentów Montepulciano d’Abruzzo stało się synonimem taniej czerwieni z dolnej półki w dyskoncie albo vino di casa w tamtejszych trattoriach (skądinąd stołowe wina we Włoszech bywają naprawdę niezłe). Trudno o większe i bardziej krzywdzące spłaszczenie. Pod tą powłoką masowej produkcji skrywa się bowiem jedno z najbardziej różnorodnych terroir Włoch.
Abruzja to kraina, w której nie widziałem kilku kilometrów płaskiego terenu. Do tego surowy, wysokogórski klimat Apeninów, duże amplitudy temperatur i mocne wiatry dają wina o owocowej soczystości, ale podszytej chłodniejszym tłem. Błędem jest zresztą patrzeć na ten region wyłącznie przez pryzmat czerwieni. Coraz popularniejsze esencjonalne, brzoskwiniowe, dymne i słone pecorino staje się graczem równorzędnym do faktycznie często zbyt przemysłowego, rozwodnionego trebbiano d’abruzzo.
Ale przede wszystkim region ma innego bohatera – Cerasuolo d’Abruzzo. To nie jest kolejny blady róż bez właściwości, ale ciemne, rubinowe wino, zwykle pełne nut dojrzałej wiśni, leśnych poziomek, dzikich ziół. Przy swojej solidnej strukturze i kwasowości nie boję się podawać je do grillowanego mięsa.
Dlatego gdybym miał sprowadzać Abruzję, robiłbym to z misją: wyciągnąć ten region z szufladki z taniochą i pokazać jego prawdziwe, ciekawe oblicze. Od wyrazistych bieli, przez gastronomiczne Cerasuolo, po poważne, nieprzesterowane dębem montepulciano – to kraina, która oferuje sporo emocji we wciąż dobrych cenach.
Gdyby światem wina rządzili wyłącznie marzyciele, półki w naszych ulubionych sklepach i karty w dobrych restauracjach uginałyby się od etykiet, które Wam opisałem. Na szczęście, żeby się nimi cieszyć, nie trzeba od razu zakładać własnej firmy importerskiej i inwestować milionów. Wystarczy przy kolejnych zakupach odrzucić utarte schematy, wyjść poza strefę komfortu znanych apelacji i po prostu dać szansę winiarzom, dla których własny charakter i terroir wciąż znaczą więcej niż bezpieczne cyfry w arkuszu Excela.
Sęk w tym, że bezdenny portfel i własna firma importerska to na razie wyłącznie efektowna figura stylistyczna. Zamiast więc sprowadzać do Polski palety pełne wulkanicznych cudów czy xinomavro, pozostaje mi bardziej ziemska ścieżka: marzyć, pakować walizkę i szukać tych unikalnych butelek u źródeł, podczas kolejnych winiarskich podróży.
Mam jednak cichą nadzieję, że ta lista to coś więcej niż tylko koncert życzeń. Polski rynek wina powoli dojrzewa, a konsumenci są coraz bardziej świadomi, grymaśni i po prostu ciekawi świata. Może więc rodzimi importerzy zaczną odważniej spoglądać poza tabelki w Excelu, przestaną bać się niszowych apelacji i uwierzą, że nad Wisłą naprawdę jest miejsce na wina niebanalne, świeże i bezkompromisowe. A dopóki to się nie stanie – pozostaje nam odkrywać je na własną rękę przy każdej możliwej okazji.