Wino: więcej niż alkohol
Będzie na grubo, ale biorę za to odpowiedzialność. Temat leży mi na sercu od dawna i czas stawić temu czoła. Współczesny dyskurs wokół wina przypomina coraz częściej nie tyle troskę o zdrowie, co radykalną krucjatę. Zewsząd słyszymy: procenty to wróg numer jeden, a kieliszek wina to już nie dopełnienie posiłku, lecz wyłącznie jednostka toksyny. Czy jednak w tym słusznym zrywie ku zdrowemu życiu i walce z używkami „nie wylewamy dziecka z kąpielą”? Sprowadzanie wina do roli zwykłego nośnika etanolu to radykalne uproszczenie. Zastanówmy się czy w erze trendu NoLo jesteśmy jeszcze w stanie rozmawiać o winie, jako o żywej historii i kulturze, czy może w imię bezpieczeństwa stanie się ono tematem tabu.
Czy NoLo to nowa etykieta świadomego konsumenta?
Trend NoLo (No/Low Alcohol) nie wziął się znikąd – nie zakładam, że jest to tylko przelotna moda napędzana przez marketing, lecz odpowiedź na realną potrzebę społeczną. Dziś pijemy mniej nie dlatego, że zabrania nam tego etykieta, ale dlatego, że wyżej cenimy długofalowe zdrowie, jesteśmy bardziej świadomi i odpowiedzialni.
I trzeba przyznać otwarcie: to bardzo dobrze. Rosnąca popularność win bezalkoholowych i niskoprocentowych to sygnał, że rynek też to dostrzega. Konsumenci przestają traktować wino jak nośnik procentów, a zaczynają postrzegać je jako produkt, który ma nam dostarczyć przyjemności bez późniejszego kosztu fizycznego. Ten zwrot wielu winiarzy wzięło na serio – produkcja wina, które wciąż smakuje jak wino, mimo usunięcia z niego etanolu, to techniczne wyzwanie, z którym wielu zdecydowało się zmierzyć.
Widzimy to wyraźnie na bardziej rozwiniętych rynkach zagranicznych. W Austrii czy w Niemczech w każdym większym sklepie z winami znajdziemy obecnie solidny regał z butelkami kombuchy, herbaty czy różnych ziołowych infuzji. A czołowi producenci mają w portfolio nie jedno, ale czasem już po kilka win bezalkoholowych.
Winiarstwo to nie chemia, to opowieść, to historia
Pamiętajmy jednak, że rozwój tego segmentu rynku to jedno, ale jeśli zredukujemy wino do zawartości alkoholu, to popełniamy ten sam błąd, co ocenianie wykwintnego dania jedynie przez pryzmat jego kaloryczności, całkowicie pomijając trud włożony w jego przygotowanie. Alkohol jest w tej układance jedynie nośnikiem – rozpuszczalnikiem, który pozwala uwolnić i utrwalić tysiące aromatów oraz smaków ukrytych w winogronach. To nie on definiuje szlachetność wina, lecz wszystko to, co wydarzyło się przed momentem butelkowania.
Prawdziwym istotą wina jest terroir – unikalny dialog między glebą, klimatem i winiarzem. Każda butelka to zapis konkretnego roku, w którym słońce świeciło nieco inaczej, deszcz padał w odpowiednim momencie (lub nie) oraz kronika dalszych zabiegów, jakim winiarz poddał wino w swojej piwnicy. Jest ono pewnego rodzaju żywym archiwum: w kieliszku otrzymujemy skondensowaną historię konkretnego miejsca i czasu. Kiedy sięgamy po butelkę wina (ale nie takiego przemysłowego), nie kupujemy „produktu o zawartości 13% alkoholu”, tylko wspomnienie na przykład lata 2023 roku nad Mozelą czy w Toskanii, które miało swoją specyficzną, unikalną charakterystykę. Ja przynajmniej, tak do tego podchodzę!
Dodatkowo za etykietą kryje się zwykle coś jeszcze głębszego niż same warunki klimatyczne: to wielopokoleniowe historie rodzinne. Wiele winiarni to dorobek całych dekad, a nawet wieków, gdzie wiedza, doświadczenie i szacunek do natury przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Kiedy degustujemy wino, mamy do czynienia z owocem pracy ludzi, którzy poświęcili życie, by wyrazić nim część siebie i swojego podejścia do życia. To właśnie ten ludzki pierwiastek czyni wino czymś niepowtarzalnym – czymś, czego nie da się odtworzyć w laboratorium czy w przemysłowych rozlewniach wódki czy piwa.
Pytanie brzmi: czy pijąc wino, pijecie je tylko dla procentów, czy może tak jak my smakujecie też jego historię?
Nie każde wino zasługuje na obronę
Warto jednak postawić sprawę jasno: nie każde wino zasługuje na obronę. Jeśli dzisiejsza dyskusja o szkodliwości alkoholu dotyczy przemysłowego wyrobu, który z winem ma tyle wspólnego, co chemiczny aromat z prawdziwym owocem – to mnie nie znajdziecie w teamie obronnym.
Masowe, anonimowe produkty, projektowane w laboratoriach tak, aby smakowały identycznie od Polski po Californię i służyły jedynie jako tani nośnik etanolu, to właśnie ten rodzaj alkoholu, któremu z czystym sumieniem powinniśmy powiedzieć stanowcze „nie”. Nie tylko w imię naszego zdrowia, ale przede wszystkim w imię jakości i szacunku do winiarstwa rozumianego jako rodzaj rzemiosła. To właśnie te wina, pozbawione historii, duszy są największymi szkodnikami prawdziwej kultury winiarskiej, bo to one sprowadzają całą, wiekową kategorię do roli taniej używki dla organizmu.
Nie pij, smakuj
Koncepcja „picia z umiarem” nie jest w tym kontekście nudnym moralizatorstwem – to fundament europejskiej kultury stołu. W krajach winiarskich wino od wieków stanowiło integralną część posiłku, a nie środek do upojenia się. Umiar w tej kulturze (również dla mnie) wynika z szacunku do zawartości kieliszka, towarzystwa przy stole i samego siebie.
W dzisiejszym świecie, w którym wszystko jest na wczoraj, wino zbyt często staje się ofiarą pośpiechu. Traktowane jako szybki sposób na rozluźnienie się po trudnym dniu, traci swoją najważniejszą funkcję – rolę towarzysza rozmowy i posiłku. Tymczasem wino to esencja filozofii slow life i nie powinno być głównym aktorem wieczoru, lecz jego tłem.
Technologia nie zastąpi kultury
Oczywiście, rozwój technologii, która pozwala na usuwanie alkoholu przy zachowaniu (mniej lub bardziej) charakteru wina, jest imponujący i warty pochwały – to świetne narzędzie, które otwiera świat winiarski na osoby, które z różnych powodów muszą lub chcą unikać etanolu. Jednak nie uważam, że szeroka dostępność win bezalkoholowych (czy innych podobnych napojów) automatycznie rozwiązuje problem naszej kultury picia, a raczej jej braku.
Dla mnie wino powinno pozostać elementem kultury i celebrowania chwil, a nie codziennym, łatwo dostępnym lekarstwem na stres. Jeśli sięgamy po kieliszek, niech to będzie świadomy wybór podyktowany chęcią dopełnienia posiłku, spotkania – nigdy zaś próbą zaleczenia codziennych frustracji.
Nie zamierzam negować czy zwalczać ruchu NoLo czy też udawać, że wino nie jest używką i jego nadużywanie nie jest szkodliwe dla nas i naszego otoczenia. Ale będę bronił tezy, że wino to znacznie więcej niż tylko zawartość alkoholu.
Nie da się wymazać wina z historii. To żywe archiwum terroir, owoc pracy pokoleń i nieodłączny towarzysz wspólnego stołu. Jakość, kontekst i świadomy wybór – to one sprawiają, że wino wciąż zasługuje na swoje miejsce w naszym życiu. Nie chodzi o to, by pić więcej, ale o to, by pić z rozumem, szacunkiem i przekonaniem, że w każdym kieliszku odkrywamy autentyczną opowieść, a nie tylko chemiczny produkt.
Ale tak jak nie zamierzam zwalczać ruchu NoLo, tak samo nie podoba mi się radykalizacja tego podejścia. Wino nie jest wcielonym złem i ja również nie czuję się złą osobą czy w ogóle alkoholikiem przez to, że je po prostu lubię – choć takie słowa są dzisiaj niepolityczne. Dla wszystkich radykałów mam jedną radę, po prostu dajcie ludziom żyć po swojemu, jeśli przy tym nie ranią innych.