Co z Wami nie tak? Dlaczego nie pijecie różowych win?

Udostępnij ten post

Czy różowe wino to dla Was wyłącznie słodki napój chłodzący, podawany z lodem w kieliszku w te trzy najgorętsze tygodnie lata? Traktujecie je po macoszemu, wpisując w kategorię B: „winko” nie do końca poważne, nadające się wyłącznie na imprezę plenerową, zresztą różowe to dla kobiet – prawda? Sam biję się w pierś, o jeszcze kilka lat temu nie byłem miłośnikiem rosé. Ale tylko krowa nie zmienia zdania.

Dlatego dzisiaj już z czystym sumieniem mogę zapytać wprost: co z Wami jest nie tak, skoro z własnej woli ignorujecie najbardziej uniwersalną kategorię winiarską na rynku? Importerzy – ciekawi mnie również Wasza strategia.

Jest to dla mnie tym bardziej zadziwiające, że patrząc na twarde liczby wydaje się, że ta kategoria win rośnie, jeśli chodzi o konsumpcję światową. Według danych International Organisation of Vine and Wine (OIV)Focus: Evolution of the world wine production and consumption by colour„: globalna produkcja odnotowała wzrost o 25% w latach 2001-2021. A przecież podaż nie rosłaby, gdyby winiarze nie widzieli popytu na rosé.

Co jeszcze ciekawsze, również w Polsce statystycznie sprzedaż różowych win zwyżkuje (według Ambry odpowiadają za ok. 15% rynku), ale mam na to swoją teorię i podejrzewam, że za ten wzrost odpowiadają jednak najtańsze, dyskontowe pozycje zwykle półwytrawne lub półsłodkie, a przyznaję, nie takie wina chciałbym widzieć w kieliszkach konsumentów. Przyjrzyjmy się katalogom i portfolio importerów, kartom restauracyjnym czy półkom sklepów specjalistycznych i…? Nie liczę na wielką ofensywę różowych win, ale brakuje odważniejszego zaznaczenia ich obecności i różnorodności.

Może różowe wino padło ofiarą własnego wizerunkowego sukcesu i stało się modowym rekwizytem? Instagram sprawił, że liczy się tylko jeden, wyidealizowany odcień – niemal bezbarwny, majtkowy róż rodem z prowansalskiego obrazka. Tymczasem, przynajmniej dla mnie, róże w Prowansji to najcześciej przemysłowe wina o wybitnie technicznej jakości, bez charakteru i indywidualności, a winiarski świat ma do zaoferowania znacznie więcej.

Dodatkowo rosé zostało wtłoczone w absurdalnie wąski gorset sezonowości. Winiarze, importerzy i restauratorzy mają zaledwie kilkanaście tygodni w roku, by je sprzedać, a gdy się to nie uda, to producenci zostają z paletami świeżego rocznika, który zwykle za rok straci swój największy atut, czyli radosną owocowość.

W Polsce sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo u nas rosé to wciąż egzotyka i głęboka rezerwa. Importerzy boją się ich ściągać w większych ilościach, bo konsumenci w sklepach kręcą nosem: różowe i taka cena? Restauratorzy wrzucają do karty jedną, zazwyczaj najbardziej bezpieczną i bezpłciową etykietę, na zasadzie „żeby coś było”. Nawet we francuskich z pochodzenia marketach, gdzie akurat etykiet rosé jest zwykle całkiem sporo, najcześciej są to niestety starsze roczniki i odnoszę czasem wrażenie, że dla tych sieci jesteśmy rezerwuarem na butelki, które nie sprzedały się w samej Francji.

W efekcie konsument trafia w sklepie albo na mizerny wybór, albo kupuje płaskie wino, które już dawno powinno zostać zdjęte z półki przez sprzedawcę, utwierdzając się w przekonaniu, że róż to kategoria nijaka, niewarta wyboru.

Do tego dochodzi cała litania mitów – że różowe wino powstaje z bezmyślnego zmieszania białego z czerwonym, że zawsze jest słodkie i że nadaje się najwyżej do sączenia na panieńskim wieczorze.

A przecież pod względem gastronomicznym dobrze zrobione, wytrawne różowe wino to prawdziwy unikat. Łączy w sobie najlepsze cechy obu światów: soczystą świeżość i ożywczą kwasowość bieli ze strukturą, garbnikami i owocowością czerwieni. Kiedy zamawiacie pikantną kuchnię azjatycką, tuńczyka z grilla, zajadacie się dojrzałymi pomidorami (akurat mamy na nie sezon), a nawet deską wędlin i serów, większość białych win polegnie na starcie, a czerwone zamęczą Was ciężarem i taniną. Różowe wchodzi w takie zestawienia jak noż w masło, wydobywając z jedzenia to, co najlepsze.

Jeśli wydaje Wam się, że różowe wino musi być blade jak świt nad Saint-Tropez, czas na zmianę tego stereotypu. Poza grzeczną Prowansją istnieje cały wszechświat rosé dla fanów mocniejszych wrażeń – win wyrazistych, pełnych struktury i z charakterem, przy których nikt nie odważy się użyć słówka „winko”.

  • Tavel (Francja, Dolina Rodanu): Francuska apelacja zarezerwowana wyłącznie dla win różowych. Powstają tu wina gęste, strukturalne, o ciemniejszym odcieniu i mocniejszej budowie.
  • Cerasuolo d’Abruzzo (Włochy): Robione ze szczepu montepulciano. Często zaskakują głęboką, wręcz wiśniową barwą, akcentami ziół oraz zaznaczoną taniną, zacierając granicę między różem a lekką czerwienią.
  • Sangiovese z Toskanii i Umbrii (Włochy): Ta odmiana to nie tylko Chianti, w wersjach rosé sprawia się równie dobrze. Wiśnie, czereśnie, zioła i typowy dla odmiany kwas – to znajdziecie w różowych sangiovese.
  • Puglia (Włochy): Apulijskie róże to dla mnie jedyne dobre uzasadnienie do tego, aby zasmakować się w primitivo. W czerwonej wersji są to zwykle wina pełne nachalnego alkoholu i słodyczy, ale w rosé ta odmiana (ale też negroamaro) pokazuje inne, lżejsze, pełne chrupkiego owocu oblicze.
  • Lagrein (Włochy): Często nazywany Kretzer, pokazuje mineralny chłód Alto Adige w połączeniu z swoją mocną owocowością i czasem lekko rustykalnym pazurem.
  • Burgenland (Austria): W okolicach Jeziora Nezyderskiego z blaufränkischa czy zweigleta powstają mocno zbudowane, ale i pełne wiśniowego owocu róże, które świetnie pasują nawet do grilla.
  • Xinomavro (Grecja): Od jakiegoś czasu jestem pod dużym wrażeniem jakości greckich win, która bardzo się poprawiła w ostatnich latach. Zakochałem się też w różach z odmiany xinomavro, z nutami suszonych pomidorów, wiśni i charakterną kwasowością.
  • Ryšak (Morawy): Charakterne wina powstające z miksu białych i ciemnych odmian winorośli. Sporo ich u tamtejszych naturalistów i obok soczystego owocu zwykle oferują również nieco dzikie, wariackie oblicze.

Najłatwiej byłoby zwalić całą winę na konsumentów i bezradnie wzruszyć ramionami. Ale umówmy się – ten rynek nie naprawi się sam, a branża ma tu ogromny grzech zaniechania. Odpowiedzialność leży po stronie importerów, sommelierów, edukatorów i nas – dziennikarzy winiarskich. Musimy wykonywać pracę u podstaw i odczarowywać ten róż na każdym kroku: pokazywać jego potencjał kulinarny, wyszukiwać i polecać poważniejsze etykiety również jesienią czy zimą, odważnie wprowadzać do portfolio wyraziste style i tłuc czytelnikom do głowy, że różowe wino to pełnoprawny gracz na winiarskim boisku.

Czas wyciągnąć rosé z szuflady z napisem: sezonowo, słodko, byle jak. Luka między tanią masówką a wybitnym vin de gastronomie jest w Polsce wciąż rażąco pusta.

Nie namawiam Was do picia taniego, różowego ulepka z dyskontu, ale apeluję o odrobinę winiarskiej odwagi. Następnym razem, gdy automatycznie sięgniecie po dziesiątą butelkę tego samego, bezpiecznego sauvignon blanc czy pinot grigio, zatrzymajcie się i poszukajcie jakiegoś fajnego różu. Wiem, że na razie ich wybór może nie być imponujący, ale nie zrażajcie się, obiecuję ze swojej strony robić wszystko, by to zmieniać.